II Niedziela Zwykła
II NIEDZIELA ZWYKŁA

Pytanie o to, kim jest Jezus, rzadko pojawia się wprost. Tak właśnie dzieje się nad Jordanem. Wśród ludzi, którzy przyszli słuchać Jana, modlić się, porządkować swoje życie, stoi Ten, którego jeszcze nie znają. Nie jest obcy, nie przychodzi z daleka, nie wyróżnia się niczym zewnętrznym. Jest „pośród was” – jak powie Jan – a jednak pozostaje nieuchwytny. Ewangelia tej niedzieli prowadzi nas w samo sedno tego napięcia między bliskością Boga a ludzką niezdolnością rozpoznania Go bez miłości. Kiedy Jan wypowiada słowa: „Oto Baranek Boży”, nie tworzy nowego obrazu. Sięga po język głęboko zakorzeniony w pamięci Izraela. Jest ofiarą składaną zamiast człowieka, a nie obok niego. To zwierzę, które nie broni się, nie ucieka, nie walczy – i właśnie dlatego może zostać złożone na ołtarzu.
Pierwszym i najbardziej podstawowym skojarzeniem jest noc paschalna w Egipcie. Baranek zabity „bez skazy” chroni życie pierworodnych. Jego krew nie niszczy, lecz ratuje. Izrael uczy się wtedy, że ocalenie przychodzi nie przez siłę, ale przez przyjęcie daru. Jan, wskazując na Jezusa, widzi w Nim nie tylko nową Paschę, ale samego Baranka, którego krew nie ocala jednego domu ani jednego narodu, lecz cały świat. Jest też inny tekst, który brzmi w tle sceny nad Jordanem. Prorok Izajasz opisuje Sługę Pańskiego jako tego, który „jak baranek na rzeź prowadzony, nie otworzył ust swoich”. To jeden z nielicznych momentów, gdy baranek zaczyna przypominać osobę, a nie tylko zwierzę ofiarne. Sługa bierze na siebie winę innych, choć sam jest niewinny. Jan Chrzciciel, mówiąc o Baranku, rozpoznaje w Jezusie właśnie tego Sługę – nie tryumfującego Mesjasza, lecz Tego, który zgadza się zostać „za”. Dlatego Jan nie mówi: „Oto Ten, który osądzi świat”, ani: „Oto Ten, który naprawi świat”. Mówi: „Oto Ten, który gładzi grzech świata”. Nie przez przemoc, nie przez potępienie, ale przez wzięcie ciężaru na siebie. W Starym Testamencie baranek nigdy nie usuwa grzechu sam z siebie – zawsze potrzebuje kapłana, ołtarza, aktu złożenia. Jan widzi w Jezusie coś więcej: Baranek i Kapłan są jedną osobą. Ofiara i Ten, który ją składa, spotykają się w Nim.
To dlatego Jan nie rozwija obrazu, nie tłumaczy, nie moralizuje. Wystarcza mu jedno zdanie. Reszta musi się dokonać w sercu słuchacza. Baranek nie przemawia argumentami. On przemawia swoją obecnością. I może właśnie dlatego ten obraz jest tak trudny. Bo uczy nas, że zbawienie nie przychodzi w sposób spektakularny. Przychodzi cicho, bezbronnie, „pośród nas”. Trzeba miłości, aby Go rozpoznać. Bez niej nawet najdokładniejsza znajomość Pisma pozostanie tylko wiedzą. Jan pokazuje, że prawdziwa wiara rodzi się nie wtedy, gdy wszystko rozumiemy, ale wtedy, gdy pozwalamy, by Ktoś inny wziął na siebie to, czego sami unieść nie potrafimy.
s. Anna Kalecińska

Ewangelia tej niedzieli prowadzi nas w samo sedno tego napięcia między bliskością Boga a ludzką niezdolnością rozpoznania Go bez miłości. Kiedy Jan wypowiada słowa: „Oto Baranek Boży”, nie tworzy nowego obrazu. Sięga po język głęboko zakorzeniony w pamięci Izraela. Jest ofiarą składaną zamiast człowieka, a nie obok niego. To zwierzę, które nie broni się, nie ucieka, nie walczy – i właśnie dlatego może zostać złożone na ołtarzu.

Nie wystarczy bowiem coś zacząć,
jeśli zabraknie wytrwałości.
św. Aniela Merici