Była noc. Pustynna noc – czarna, zimna, rozciągnięta jak cień winy. Jakub szedł sam. Twardy grunt pod stopami, kamień w sercu, milczenie między jednym oddechem a kolejnym. Każdy krok oddalał go od domu, od ojca i matki, od brata, którego oszukał.
Droga między „Studnią Przysięgi” a „Spaloną Ziemią”
Wszystko zaczęło się w Beer-Szebie (hbr. בְּאֵר שֶׁבַע) – w miejscu, które znaczy „Studnia Przysięgi” albo „Studnia Siedmiu”. Nazwa nosi w sobie pamięć o przymierzu. Tam Abraham złożył przysięgę. Tam płynęła woda – symbol życia, łaski, bezpieczeństwa. Dla Jakuba to miejsce dzieciństwa, domu, historii jego ojca i dziadka. Korzenie. Obietnica. Porządek. A jednak to właśnie stamtąd musiał odejść. Uciekał nie tylko przed bratem, którego zdradził, ale i przed własnym lękiem, winą, niepewnością. Opuszcza źródło, by wyruszyć w stronę Charanu (hebr. חָרָן ) – miejsca, którego nazwa może znaczyć „spalona ziemia” albo „miejsce żaru”. Zostawia za sobą przysięgę i studnię, by wejść w ziemię wysuszoną słońcem, trudną, obcą. To nie była zwykła podróż. To był wewnętrzny szlak przemiany. Z miejsca błogosławieństwa – do miejsca próby. Z ustabilizowanego „tak” przeszłości – do płonącego pytania o przyszłość. Beer-Szeba to tożsamość nadana: „jesteś synem Izaaka, wnukiem Abrahama, dziedzicem obietnicy”. Charan to tożsamość do wypracowania: „kim jesteś naprawdę, kiedy nikt cię nie zna, kiedy nie ma ojca, matki, kiedy wszystko, co masz, to kamień pod głową?” Między jednym a drugim miejscem rozciąga się noc. Ciemność nie jest przypadkiem – to czas przejścia, czas snu, w którym objawia się Bóg. Pośrodku drogi, gdzieś w pustkowiu, gdzie nie ma nic poza milczeniem, Jakub śni i widzi drabinę sięgającą nieba. To nie w Beer-Szebie, przy studni obietnicy, ale na kamieniu pośrodku pustki, spotyka Boga twarzą w twarz. Tam, gdzie ziemia wydaje się martwa, a przyszłość niepewna – niebo zstępuje.
Dziwny sen
Jakub w końcu zatrzymał się – raczej nie z wyboru, lecz z wyczerpania. „Przybył na jakieś miejsce” – mówi Biblia. „Hammaqom” (dosł. to miejsce) – w tradycji rabinicznej to jedno z imion Boga. Midrasz mówi, że Bóg jest miejscem świata, a nie świat miejscem Boga. Hebrajski tekst sugeruje zatem, że to miejsce przyszło do niego a Jakub w pewien sposób zderzył się z nim - zderzył się z tajemniczą obecnością. Jakub zasypia z głową opartą o kamień a we śnie "Ujrzał drabinę postawioną na ziemi, której wierzchołek sięgał nieba". Słowo „sullām” (סֻלָּם) – tłumaczone jako „drabina” – występuje w całej Biblii hebrajskiej tylko tutaj. Jest tajemnicze. Być może oznacza rampę czy schody lub pochylnię, jak w świątyniach mezopotamskich – zigguraty miały właśnie takie rampy, łączące niebo z ziemią. Ale tu nie człowiek buduje wieżę do nieba – to Bóg zsyła drabinę na ziemię. W sam środek ludzkiego niepokoju. Ziemia jest jej podstawą – tu, gdzie śpi Jakub, na kamieniu, w miejscu jego ucieczki i słabości. A wierzchołek – tam, gdzie mieszka Bóg. Dwie rzeczywistości – boska i ludzka – łączą się nad jego głową.
Werset 12 dodaje, że „Aniołowie Boży wstępowali i zstępowali po niej”. Niezwykłe jest to, że najpierw wstępowali a potem zstępowali – jakby byli już na ziemi, gotowi do powrotu ku górze. Ruch dwukierunkowy symbolizuje nieprzerwaną więź: modlitwy wznoszą się, łaska zstępuje. Niebo nie jest zamknięte. Bóg nie milczy. Ten ruch to również obraz duchowego życia i ludzkiej wędrówki ku wewnętrznej przemianie.
Słowa Boga: pięć obietnic
Jakub patrzył i usłyszał głos mówiący ze szczytu drabiny: „Ja jestem Pan, Bóg Abrahama i Bóg Izaaka”. To tożsamość Boga, który objawia się jako wierny Przymierzu. Bóg objawia się Jakubowi bezpośrednio – do tej pory Jakub znał Go tylko z opowieści ojca. W nocy Jakub doświadcza osobistego powołania i obietnicy Bożej obecności. Nie jest już tylko synem, bratem, oszustem. W tej chwili stał się człowiekiem, do którego mówi Bóg. Bez światła, bez świątyni, bez zasług. W środku nocy Bóg składa w serce Jakuba pięć obietnic:
Sen Jakuba nie jest snem marzyciela. To inicjacja duchowa. Bóg nie mówi: „wszystko będzie proste” – ale: „będę z tobą”. Drabina nie znika po przebudzeniu – ona zostaje zapisana w jego sercu. Staje się drogą, po której Jakub będzie szedł przez lata. Dlatego też kamień, który miał pod głową, ustawia jako pomnik i namaszcza go oliwą, jakby konsekrował również własną przyszłość.
Przebudzenie w środku nocy
W Starym Testamencie sen (hebr. ḥalom) jest przestrzenią, w której człowiek spotyka Boga. Sny bywają prorockie, symboliczne, ostrzegawcze (np. sny faraona, sen Samuela, sen Salomona). Sen nie był postrzegany jako coś nieistotnego – wręcz przeciwnie: mógł zawierać objawienie. Bywał przestrzenią, gdzie Bóg mówił w sposób, który omijał codzienne bariery (strach, pychę, grzech). A przecież nie trzeba być Jakubem, by mieć taki sen. Każdy z nas nosi w sobie drabinę – napięcie między tym, kim jesteśmy, a tym, kim moglibyśmy się stać. Drabina to nie ambicja, lecz tęsknota - marzenie o tym, by nasze życie miało znaczenie. W każdym z nas drzemie pragnienie sięgające nieba.
To właśnie symboliczna prawda o życiu duchowym. Zaczynamy w miejscu komfortu, gdzie wszystko jest poukładane, ale prawdziwe spotkanie z Bogiem często wydarza się w drodze, między tym, kim byliśmy, a kim mamy się stać. Czasem trzeba wyjść ze „studni przysięgi”, by przejść przez „spaloną ziemię” – i dopiero tam usłyszeć słowa, które tworzą nowego człowieka: „Ja jestem z tobą… nie opuszczę cię”. Droga z Beer-Szeby do Charanu to archetyp duchowego rozeznania. Zostawiam to, co znane i idę w stronę niewiadomego. Po drodze tracę złudzenia, twarz, którą nosiłem dla innych, ale pośrodku tej ciemności, właśnie w środku nocy, otwiera się niebo. Być może najpełniej widzi się drogę do Boga wtedy, gdy nie ma już nic – tylko kamień pod głową i pytanie: „co dalej?”
W twojej nocy – może właśnie teraz – Bóg stawia drabinę. Nie pyta, czy jesteś gotowa. Nie czeka, aż będziesz lepszy. Po prostu przychodzi i mówi: „Ja jestem z tobą… nie opuszczę cię.”. Być może ten kamień, na którym dziś płaczesz, jutro stanie się pomnikiem spotkania. Może właśnie w miejscu, które wydaje się przypadkowe – Bóg czekał na ciebie od zawsze.
s. Anna OSU

Ewangelia tej niedzieli prowadzi nas w samo sedno tego napięcia między bliskością Boga a ludzką niezdolnością rozpoznania Go bez miłości. Kiedy Jan wypowiada słowa: „Oto Baranek Boży”, nie tworzy nowego obrazu. Sięga po język głęboko zakorzeniony w pamięci Izraela. Jest ofiarą składaną zamiast człowieka, a nie obok niego. To zwierzę, które nie broni się, nie ucieka, nie walczy – i właśnie dlatego może zostać złożone na ołtarzu.

W duchowej radości
przejdźmy przez to nasze krótkie życie.
św. Aniela Merici