Zstąpił do piekieł
W języku hebrajskim jednym z najczęstszych słów oznaczających grób jest qéver (קבר). To słowo pochodzi od rdzenia q-v-r, który oznacza „zakopać”, „ukryć”. Grób w biblijnym rozumieniu to miejsce ukrycia, powierzenia czegoś ziemi, tak jak w ziemię zakopuje się ziarno. Obok tego pojawia się drugie słowo: Szeol (שְׁאוֹל), jako tajemnicza rzeczywistość, do której „zstępują” zmarli. Szeol nie jest jeszcze piekłem w naszym późniejszym rozumieniu, ale raczej krainą ciszy, cienia, oddalenia, miejscem, gdzie człowiek doświadcza granicy swojego istnienia. Psalmy opisują je jako przestrzeń milczenia, gdzie nie rozbrzmiewa już chwała Boga, a jednak przeczuwają, że nawet tam Bóg może dotrzeć: „Nie pozostawisz mojej duszy w Szeolu” (Ps 16), „wyprowadziłeś mnie z Szeolu” (Ps 30), „Bóg wybawi mnie z mocy Szeolu” (Ps 49). Psalm 139 wypowiada jedno z najpiękniejszych zdań: „Gdybym wstąpił do Szeolu – Ty tam jesteś”. Któż tam jest? Jest tam Chrystus, który będąc „posłusznym aż do śmierci” wszedł dobrowolnie w jej najgłębszy punkt.
Ojców Kościoła fascynował przede wszystkim zwycięski sens tego wydarzenia. Św. Efrem Syryjczyk ukazuje go poetycko: „Ewa podniosła oczy z Szeolu i uradowała się”, bo Syn jej córki przyszedł „by podnieść matkę swojej Matki”. W tym samym hymnie mówi wprost, że Chrystus „wszedł do piekła i je złupił”. U niego Szeol nie jest więc pustą otchłanią, ale miejscem, do którego wkracza Życie i które zostaje ogołocone z mocy śmierci. Św. Grzegorz z Nazjanzu zachęca: „Jeśli On zstępuje do piekieł, zstąp z Nim”, to znaczy: wejdź z Nim w tajemnicę Jego uniżenia i zwycięstwa. W tym świetle Wielka Sobota nie jest biernym „zawieszeniem”, ale dniem, w którym Chrystus schodzi do samego dna ludzkiej kondycji, aby nie było miejsca poza zasięgiem Jego odkupienia. Dla św. Izaaka Syryjczyka to ogrom Bożej miłości ostatecznie „przezwycięża Gehennę”, czyli niweczy zło. To bardzo ważna tajemnica Wielkiej Soboty: Chrystus nie schodzi do Szeolu jako sędzia z chłodnym wyrokiem, ale jako Ten, którego miłość sięga także tam, gdzie człowiek doświadcza największej ciemności.
Zstąpienie Chrystusa w zupełną vanitas naszej ludzkiej egzystencji uświęciło wszystkie „wielkosobotnie” godziny ludzkiej osobowej historii. Pozostawieni sami sobie, bez Chrystusa, który prawdziwie umiera i zstępuje do piekieł, bylibyśmy pogrążeni w samotności tak, jak ziarno pszenicy, które nie obumierając prawdziwie w ziemi zostaje „samo jedno”. Byłaby to totalna bezbronność i wystawienie na pastwę ciemności i pustki zatracenia. Skoro jednak On podzielił nasz los, nie ma już żadnego Szeolu, żadnej takiej otchłani w ludzkim doświadczeniu, w której człowiek byłby totalnie opuszczony i samotny. Przez Chrystusa na dnie śmierci człowiek spotyka życie wieczne.
Zanurzeni w Jego śmierć
W noc Wigilii Paschalnej, zanim Kościół wybuchnie radością Alleluja, słyszymy najpierw słowo św. Pawła z Listu do Rzymian. To bardzo wymowne, bo zanim zabrzmi pieśń zwycięstwa, zostajemy wprowadzeni w samą tajemnicę Paschy: w śmierć Chrystusa, w nasze zanurzenie w Jego grobie i w nowe życie, które rodzi się z Jego zmartwychwstania. Ten fragment jest jak duchowy klucz do całej nocy: pokazuje, że chrześcijańska nadzieja nie omija krzyża, lecz przechodzi przez niego. Dlatego właśnie warto zatrzymać się nad słowami Pawła powoli i z wdzięcznością, bo one uczą nas patrzeć na Wielką Noc oczami wiary: jako na przejście ze śmierci do życia, ze starego człowieka do nowego stworzenia, z grzechu do Boga, który w Chrystusie wszystko odradza.
Święty Paweł zaczyna od czegoś bardzo mocnego: „My wszyscy, którzy otrzymaliśmy chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć.” (Rz 6,3). To zdanie otwiera przed nami wielką tajemnicę chrztu, bramę wszystkich sakramentów, czyli znaków otwierających nasze oczy na obecność Trójjedynego Boga. Chrzest jest też wejściem w samą Paschę Chrystusa, w Jego śmierć i zmartwychwstanie. Człowiek zostaje niejako zanurzony w tę śmierć, tak jak ciało zanurza się w wodzie. W tej chwili nie chodzi już tylko o symbol, ale o rzeczywiste uczestnictwo: chrześcijanin zostaje włączony w los Jezusa.
Paweł nie mówi o śmierci jako o czymś obcym i przypadkowym, ale jako o miejscu spotkania z Chrystusem. Właśnie tutaj można odczytać głęboką intuicję teologiczną: śmierć człowieka, jeśli jest przeżywana w łasce (= w relacji), nie jest już wyłącznie końcem, lecz może stać się wejściem w komunię z Tym, który pierwszy przeszedł przez śmierć. Chrystus nie tylko umarł za nas. On wszedł w samo serce ludzkiej śmierci, aby ją od wewnątrz przemienić. Dlatego chrzest nie jest u Pawła jedynie wspomnieniem przeszłego wydarzenia, ale początkiem nowego sposobu istnienia.
Razem z Nim pogrzebani
Paweł mówi dalej: „przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani” (Rz 6,4). Praktyki pogrzebowe Żydów i świata grecko-rzymskiego w I wieku wymagały szybkiego pochówku, zazwyczaj w ciągu dwudziestu czterech godzin od śmierci. Pogrzeb stanowił wyraźne zerwanie z wcześniejszym sposobem życia i przypieczętowywał rzeczywistość śmierci. Paweł odwołuje się do tego sugestywnego obrazu kulturowego, używając czasownika συνθάπτω w formie aorystu ukazującego czynność dokonaną i jednorazową, która jednak określa trwałą tożsamość wierzącego. Ponieważ pogrzeb Chrystusa historycznie potwierdza Jego śmierć, współpogrzebanie wierzącego z Nim potwierdza kres starego człowieka. Nie ma tu żadnego półśrodka: udział w pogrzebie Chrystusa obejmuje udział we wszystkim, co Jego pogrzeb zapewnił, tj. wolność od panowania grzechu, unieważnienie zapisu dłużnego, który był przeciwko nam (Kol 2,14), oraz zadatek życia zmartwychwstania. Chrześcijanin nie zostaje po prostu wrzucony w śmierć - zostaje w niej złożony razem z Jezusem, a więc już nie w oddaleniu od Boga, lecz w samym centrum Jego zbawczej obecności.
Dlatego chrzest jest czymś więcej niż początkiem religijnego życia. Jest zgodą na to, by stare życie zostało rzeczywiście złożone do grobu. To nie jest tylko piękny znak, ale duchowe „umieranie” dla tego wszystkiego, co zamyka człowieka w sobie: dla pychy, samowoli, iluzji samowystarczalności, potrzeby kontrolowania wszystkiego po swojemu - słowem: tego wszystkiego, co w starożytnym rycie chrzcielnym było nazywane pompa diaboli - powab szatana. Zanurzenie w chrzcielnej wodzie jest jak wejście w grób razem z Chrystusem po to, aby już nie żyć według dawnego porządku, ale według nowego. Oznacza to zgodę na utratę starego sposobu istnienia. Człowiek nie ma już kurczowo trzymać się siebie samego, jakby od tego zależało jego ocalenie. Ma pozwolić, by to, co w nim stare, zostało pogrzebane razem z Chrystusem.
Joseph Ratzinger tłumaczył, że wyrzeczenie się pompa diaboli w chrzcie to właśnie radykalne zerwanie z pewnym stylem życia i sposobem myślenia - z kulturą, która w rzeczywistości stoi w opozycji do Boga i Chrystusa. To kultura pozorna: może sprawiać wrażenie dobra czy moralności, ale w istocie prowadzi do chaosu, zakłamania i destrukcji. Przyjęcie chrztu oznacza więc uwolnienie się spod wpływu tej fałszywej „antykultury” i wejście w nowy sposób istnienia zakorzeniony w prawdzie i dobru. Samo pompa diaboli Ratzinger opisuje jako swoiste „widowisko świata”, w którym centrum stanowi pycha. To ona reżyseruje całość: uwodzi, przyciąga, ale ostatecznie odsłania swoją prawdziwą twarz - rzeczywistość przemocy, niszczenia życia i panowania śmierci. W tym sensie chrzest można rozumieć jako pierwszy krok w stronę śmierci, która już teraz zaczyna się w małych codziennych zgodach: na pokorę zamiast pychy, na zaufanie zamiast lęku, na oddanie zamiast kurczowego trzymania się siebie. Tak właśnie człowiek uczy się być pogrzebanym razem z Chrystusem: nie w beznadziei, lecz w nadziei; nie w ciemności bez sensu, lecz w ciemności, w której działa Bóg.
Abyśmy i my postępowali w nowym życiu
Św. Paweł pisze: „abyśmy i my postępowali w nowym życiu” (Rz 6,4), a w oryginale greckim pojawia się tu bardzo konkretne wyrażenie: ἐν καινότητι ζωῆς περιπατήσωμεν (en kainótēti zōēs peripatēsōmen) — „abyśmy chodzili w nowości życia”. Użyty dziewięćdziesiąt sześć razy w Nowym Testamencie czasownik περιπατεῖν (peripatein) opisuje zarówno dosłowny ruch, jak i cały sposób życia. Niezależnie od tego, czy ukazuje panowanie Chrystusa nad stworzeniem (np. chodzenie po wodzie) czy wzywa wierzących do świętości, Pismo posługuje się tym słowem, aby przedstawić dynamiczny, ciągły wzorzec postępowania, który wypływa z relacji człowieka z Bogiem. Paweł nie mówi więc tylko o jakiejś wewnętrznej przemianie, ale o stylu życia, o drodze, którą człowiek podejmuje każdego dnia. Nowe życie nie jest ideą ani uczuciem, ale jest konkretnym sposobem chodzenia przez świat z Bogiem.
To bardzo mocno łączy się z intuicją proroków. Prorok Micheasz powie: „Powiedziano ci, człowiecze, co jest dobre (…) abyś pełnił sprawiedliwość, miłował miłosierdzie i pokornie chodził z twoim Bogiem” (Mi 6,8). Właśnie to „chodzenie z Bogiem” jest obrazem trwania w przymierzu, czyli w drodze, relacji, codziennej wierności. Nowe życie, o którym mówi Paweł, to nie coś spektakularnego, ale właśnie to: iść przez życie krok w krok z Bogiem, ucząc się Jego sposobu patrzenia, Jego cierpliwości, Jego miłości. Dlatego nowe życie zaczyna się już teraz w tym, co zwyczajne. W sposobie, w jaki człowiek mówi do drugiego, w tym, jak reaguje na trudności, jak przeżywa niezrozumienie, jak przebacza. To jest życie, które powoli przestaje kierować się logiką świata: logiką rywalizacji, kontroli, zabezpieczania siebie a zaczyna oddychać logiką Chrystusa. A ta logika, jak już widzieliśmy, jest głęboko paschalna: życie rodzi się z oddania, wolność z zaufania, a pełnia z tego, że człowiek nie trzyma się kurczowo siebie.
Bardzo pięknie wyczuwała to św. Aniela Merici, która nieustannie zachęcała swoje siostry, by „żyły życiem nowym”, nie w sensie nadzwyczajnych czynów, ale w wierności codzienności przemienionej przez Boga. Dla niej nowe życie to życie zakorzenione w Chrystusie, przeżywane w prostocie, łagodności i miłości wobec innych. To życie, które nie szuka siebie, ale pozwala się prowadzić Duchowi Świętemu, nawet jeśli oznacza to drogę pokorną i ukrytą. W tym sensie każdy dzień chrześcijanina staje się małą Paschą. Każde „nie” wypowiedziane egoizmowi i każde „tak” wypowiedziane miłości jest krokiem w tym nowym życiu. Każda cierpliwość, każda modlitwa, każde przebaczenie są jak przejście - może małe i niezauważalne - ze śmierci do życia. I właśnie tak człowiek odkrywa, że nie żyje już sam z siebie, ale że jest prowadzony przez łaskę, która krok po kroku uczy go chodzić drogą Chrystusa.
Umarliście dla grzechu
Paweł mówi wprost: „dla zniszczenia ciała grzesznego dawny nasz człowiek został z Nim współukrzyżowany po to, byśmy już dłużej nie byli w niewoli grzechu.” (Rz 6,6). W oryginale pojawia się tu wyrażenie ὁ παλαιὸς ἄνθρωπος (ho palaios anthrōpos) - „stary człowiek”. Słowo παλαιός (palaios) oznacza nie tylko coś „dawnego” w sensie czasu, ale coś, co należy do starego porządku, który przemija, który już nie ma przyszłości. To człowiek ukształtowany przez grzech, żyjący bez Boga, zamknięty w sobie, budujący swoją tożsamość na lęku, pożądaniu i pysze. Paweł używa tego samego wyrażenia także w innych miejscach: „zrzucić z siebie dawne postępowanie, starego człowieka” (Ef 4,22), „zrzuciliście z siebie starego człowieka wraz z jego uczynkami” (Kol 3,9). Widać wyraźnie, że nie chodzi tylko o konkretne grzechy, ale o cały sposób istnienia, o pewną tożsamość, która została naznaczona oddzieleniem od Boga. I właśnie ten „stary człowiek” - mówi Paweł - został współukrzyżowany (synestaurōthē). To znaczy: jego los został związany z krzyżem Chrystusa. Nie ma już dla niego przyszłości.
Chrześcijaństwo nie polega na poprawianiu starego człowieka. Nie chodzi o to, by był on trochę lepszy, bardziej uporządkowany, bardziej moralny. Paweł mówi coś znacznie głębszego: ten stary człowiek musi umrzeć. Musi zostać oddany na krzyż razem z Chrystusem. A to oznacza radykalne zerwanie z dawnym sposobem życia nie tylko na poziomie czynów, ale na poziomie serca, motywacji, najgłębszej przynależności. I właśnie tutaj odsłania się sens słów: umrzeć dla grzechu. To nie jest tylko unikanie zła, jakby chodziło o zewnętrzne zachowanie. To jest zmiana panowania: grzech nie ma już być naszym panem. Paweł powie kilka wersetów dalej: „grzech nie powinien nad wami panować” (Rz 6,14). Chrystus rozrywa tę więź niewoli, aby człowiek nie musiał już żyć według logiki, która prowadzi do śmierci. Umrzeć dla grzechu to znaczy: przestać do niego należeć, przestać pozwalać mu definiować moje decyzje, moje myślenie, moje pragnienia.
W tej perspektywie śmierć chrześcijanina zaczyna się dużo wcześniej niż biologiczny kres. Zaczyna się w codziennym odchodzeniu od grzechu, w uczeniu się nieprzywiązywania do siebie, w zgodzie na to, że nie wszystko, co we mnie silne, jest dobre. To jest właśnie duchowe umieranie z Chrystusem: pozwolić, by krzyż dotknął tego we mnie, co jeszcze chce żyć po staremu. To proces, który boli, bo oznacza rezygnację z siebie, ale jednocześnie jest drogą do wolności, bo tylko to, co umrze razem z Chrystusem, może razem z Nim naprawdę żyć.
Żyjecie zaś dla Boga
Ostateczny cel tego wszystkiego Paweł wyraża z niezwykłą jasnością: „tak i wy uznajcie siebie za umarłych dla grzechu, a żyjących dla Boga w Chrystusie Jezusie” (Rz 6,11). To zdanie jest jak pieczęć na całym fragmencie. Wszystko, co było wcześniej: zanurzenie, pogrzebanie, śmierć starego człowieka ma prowadzić do jednego: do życia, które nie należy już do grzechu, lecz do Boga. Chodzi o narodzenie nowej relacji. Żyć dla Boga to znaczy należeć do Niego całym sobą, oddychać Jego wolą, myśleć Jego prawdą, kochać Jego miłością.
W Biblii życie nie oznacza jedynie biologicznego trwania. Słowo „żywy” obejmuje zarówno samą witalność ciała, jak i głębszą, duchową moc pochodzącą od Boga. Człowiek żyje naprawdę dopiero wtedy, gdy jego istnienie jest zakorzenione w Bogu. Dlatego Paweł nie mówi o życiu jako o zwykłym „przetrwaniu”, ale o nowej jakości istnienia: o życiu w Chrystusie, życiu przez Ducha, życiu, które już teraz nosi w sobie zadatek zmartwychwstania. Ożywiająca moc Boga nie jest czymś zewnętrznym wobec człowieka - to sam Duch Święty, który mieszka w wierzącym i daje mu udział w życiu Chrystusa.
Dlatego też życie dla Boga nie będzie oznaczało ucieczki od świata, ale patrzenie na wszystko z wnętrza Paschy. Chrześcijanin nie żyje już po to, by sam siebie ocalać, zabezpieczać, budować i potwierdzać. Żyje po to, by Bóg był uwielbiony w jego codzienności: w pracy, w relacjach, w cierpliwości, w przebaczeniu, w modlitwie, w przyjęciu własnych ograniczeń. Człowiek, który żyje dla Boga, nie jest kimś oderwanym od rzeczywistości, ale kimś, kto pozwala, aby w jego śmiertelnym ciele objawiała się moc Zmartwychwstałego. To dlatego św. Paweł może mówić o „życiu w Duchu”: to Duch sprawia, że człowiek staje się naprawdę żywy - nie tylko fizycznie, ale wewnętrznie, duchowo, zbawczo.
W tej perspektywie Wielka Sobota nabiera jeszcze głębszego sensu. Nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się zamknięte, martwe i nieruchome, życie dla Boga już się zaczęło. Ono nie jest zawieszone do niedzielnego poranka. Ono już trwa, ukryte w Chrystusie. Tak właśnie wygląda chrześcijańska Pascha: zanurzeni w śmierci Chrystusa, pogrzebani z Nim, umierający dla grzechu, a równocześnie żyjący dla Boga w Chrystusie Jezusie. To nie jest tylko jeden moment liturgii. To droga całego życia. Droga, na której człowiek krok po kroku uczy się należeć do Boga bardziej niż do siebie samego.
s. Anna OSU

Zmartwychwstały do każdego przemawia własnym językiem. Właśnie w tym ujawnia się nowy porządek Wielkanocy: nie jest to zwycięstwo hałaśliwe, ale czas, w którym Bóg cierpliwie i na swój sposób wychodzi do człowieka, aby pokazać mu chwalebne znaki swojej męki. Czyni to nawet przez najdrobniejsze szczegóły, także te pozostawione w grobie.

Szukajcie najpierw Królestwa Bożego.
św. Aniela Merici